Strona główna| O Nas| Skład ekipy| Nasze starty| Forum| Galeria| Artykuły| Kontakt
Do trójmiasta w jeden dzień! (300 km) Udostępnij
Ten trip w zasadzie nie był planowany. Owszem tego dnia miało być też konkretnie i ekstremalnie, bowiem miała być wyprawa do Szklarskiej Poręby, która organizowana była przez zapaleńców dwóch kółek z Poznania. Niestety warunki pogodowe stanęły na przeszkodzie i wyprawa została odwołana w dniu wyjazdu koło południa. Osobiście obserwowałem prognozy kilkanaście dni wcześniej i już wtedy nie powiewało optymizmem. Wspólnie z Karolem uznaliśmy, że skoro ułożyliśmy dni wolne w pracy pod taki wyjazd, to trzeba wdrożyć w życie plan rezerwowy. Kierunek oczywiście odwrotny i trip nad nasze polskie morze!!! Tutaj prognozy także nie były obiecujące, ale pewnym było, że wiatr za wiele nie będzie przeszkadzał. Rano w dniu wyjazdu jeszcze nie do końca byliśmy pewni, czy pojedziemy. Wnikliwe analizy prognoz pogody z kilku źródeł jednoznacznie wskazywały, że noc będzie bez opadów. Tym samym podjęliśmy ryzyko i postanowiliśmy pojechać. Bilety na pociąg powrotny zakupione były kilka dni wcześniej, by nie zostać na lodzie z rowerami, więc inne sprawy organizacyjne, to był pikuś. Co do trasy, to na ruszt wziąłem ślad według, którego w 2012 roku poruszali się Sebek z Marcinem i Panem Jurkiem. Dorzuciłem tylko mały fragment z Gdańska do Gdyni. Z Trzemeszna ruszyliśmy wcześniej, bowiem krótko przed godziną 18. Na dwie wyprawy w poprzednich latach ruszałem w nocy, ale tutaj za względu na pogodę i duże ryzyko przymusowych postojów, postanowiłem dorzucić całkiem spory margines czasowy. Ruszyliśmy i się zaczęło... Spojrzenie w kierunku Gniezna, a tam na niebie granatowo. Całkiem długi postój na światłach, kolejny jeszcze dłuższy na przejeździe kolejowym, a chmury były coraz bliżej. Zdążyliśmy dojechać do Ławek i lunęło. Około 10-minutowy opad przeczekaliśmy pod większym drzewem i ruszyliśmy dalej jadąc przez Gołąbki, Ryszewo, Szelejewo i Gąsawę. Gdy zbliżaliśmy się do Gąsawy goniła nas kolejna, duża i granatowa chmura. Postanowiliśmy nie ryzykować i zrobić przymusowy pit stop na przystanku w Gąsawie. Decyzja okazała się być w pełni słuszną, bo po chwili zaczęło mocno padać...





Przerwa trwała ładnych kilkanaście minut, ale nie zraziło to nas absolutnie i gdy tylko opad ustał, ruszyliśmy dalej. Kolejne mijane miejscowości to Żnin i Kowalewo. W Kowalewie powstaje kolejny odcinek S5, a rowerzystom zabrano ścieżkę rowerową. Nie wiem tylko czy tymczasowo na czas budowy, czy na stałe. Po chwili wjechaliśmy na krótki odcinek DK5 i od razu trafił się baran, który mało co mnie staranował. Jechałem przy samej krawędzi jezdni, aż tu nagle coś wyprzedza mnie na centymetry. Jakby tego było mało miał za sobą przyczepę kempingową, która niemal się o mnie otarła. Pomyślałem "o zgrozo..." i natychmiast przyspieszyłem, żeby czym prędzej za paręset metrów uciec z tej drogi skręcając na Szubin. Przez Szubin przejechaliśmy dosyć szybko, ale muszę przyznać, że podobało mi się to miasteczko, czyste i zadbane. Dalej pomknęliśmy w rejon miejscowości Tur, gdzie przepływa rzeka Noteć. Widoki całkiem przyjemne...






I widok z drugiej strony...






Następne kilka kilometrów to jazda terenem przez przyjemny las i mniej przyjemne z racji wcześniejszych opadów podłoże. W pobliżu miejscowości Gorzeń przecinaliśmy Kanał Bydgoski...






W Ślesinie krótki i przymusowy postój z uwagi na wymianę akumulatorków w nawigacji. Kolejne kilometry to jazda przez kujawsko-pomorskie zadupia pod osłoną nocy. Było już ciemno i robiło się coraz chłodniej. W Łąsku Wielkim, w sumie nie wiem czemu wielkim, bo zadupie totalne, zrobiliśmy przerwę na porządne jedzenie. Zjadłem ryż w potrawce, który zabrałem z domu i ruszyliśmy dalej. Jadąc przez większe i mniejsze zadupia dotarliśmy do Tucholi. Gdy wjechaliśmy do centrum było chwilę przed godziną 1:00...






Powoli odczuwaliśmy dyskomfort termiczny z racji niskiej temperatury (ledwie 14°C), więc zjechaliśmy 700 m z zaplanowanej trasy na pobliską stację benzynową. Tam zapodaliśmy sobie dużą, gorącą czekoladę i od razu było lepiej. Kolejne kilometry to jazda DW 237 przez lasy okalające rzekę Brdę. Dość szybko przekroczyliśmy granicę województwa pomorskiego i zameldowaliśmy się w Czersku, gdzie naszą uwagę zwrócił kościół w stylu neogotyckim pw. św. Marii Magdaleny...






Było chłodno, więc bez zastanowienia cisnęliśmy dalej. Tereny podobały mi się coraz bardziej i czuć już było kaszubski klimat. Każda tabliczka mijanej przez nas miejscowości oznaczona była w języku ojczystym oraz kaszubskim. Powoli zbliżaliśmy się do jeziora Wdzydze. Tu nieco skorygowaliśmy trasę Sebka, bo w terenie był całkiem spory gnój. Pojechaliśmy leciutko na okrętkę przez miejscowość Wiele. Stamtąd fajny zjazd, aż do Borska. Przez moment widziałem fragment jeziora, które jest sporych rozmiarów. Niestety było jeszcze na tyle ciemno, że na zdjęciu za wiele bym nie ujął. W Borsku zrobiliśmy przerwę na kolejne jedzenie. Tam dopadła nas chyba najniższa temperatura tej nocy (12°C) i do tego mocno wiało. Bez wahania założyłem koszulkę termiczną i od razu było lepiej. Żałowałem tylko, że nie wziąłem długich spodni, bowiem po girach trochę ciągnęło. Kolejne kilometry pokonywane przez Wdzydzki Park Krajobrazowy, to istna przyjemność. Noc odeszła w zapomnienie, a wokół cisza, spokój i jedyny słyszalny dźwięk, to ćwierkanie ptaków. Nie zrażały mnie nawet ciągłe podjazdy i zjazdy, wciąż miałem w sobie sporo energii. Trochę inaczej czuł to Karol, którego dość mocno zmęczyło tamtejsze ukształtowanie terenu. Tak wyglądało kolejne 40 kilometrów. Zjazdy i podjazdy. Wiedziałem też, że w Przywidzu czeka nas konkretniejszy podjazd. Byłem na szkoleniu w tamtejszych rejonach jakieś 10 lat temu i kojarzyłem tą miejscowość. Karol coraz ciężej pokonywał podjazdy, walczył z samym sobą, ale dawał radę. Dla mnie z kolei było trochę za wolno i przez to robiło mi się zimno. Ten cholerny, mocny i zimny wiatr wiatr dawał nieźle popalić. Obrałem, więc taktykę, że jadę swoim tempem odcinki 10-kilometrowe, po czym chowam się na przystanku od wiatru i czekam na Karola. Od Przywidza było dużo łatwiej, bo sporo z górki, ale Karol i tak zostawał w tyle. Ja wiozłem ze sobą bagażnik ze sakwą i dodatkowe kilogramy napędzały mnie na zjazdach. Muszę przyznać, że fajne uczucie cisnąć kilka kilometrów bez pedałowania, jadąc powyżej 40 km/h :D Gdy dotarłem do miejscowości Kolbudy zrobiłem przerwę na jedzenie. Zakupiłem bułki, kiełbachę, ciastko i kawę. Konsumowałem sobie spokojnie zakupiony prowiant, a w międzyczasie śmignął Karol. Machałem mu, ale ze zmęczenia chyba już nie widział i jechał dalej. Ja spokojnie się nasyciłem i ruszyłem przed siebie. Po kilku minutach dogoniłem kompana wyprawy i już do samego Gdańska jechaliśmy razem. Gdańsk przywitał nas taką tablicą...






Skoro Gdańsk, to wizyta na tamtejszej Starówce...










A tak prezentuje się miejscowy ZUS :o






Nie mogło oczywiście zabraknąć spojrzenia na Motławę...






I pobliską marinę...






Dalej kierowaliśmy się w stronę morza, po drodze mając widok na zabytkowe żurawie w stoczni...






Po kilku minutach byliśmy pod stadionem Energa, jedną z aren Euro 2012...






W tym momencie lekko siąpiący deszczyk zamienił się w ulewę. Zmusiło to nas do przymusowego postoju pod wiatą pobliskiego przystanku. I tak sobie siedzieliśmy i czekaliśmy. Według prognoz, które sprawdziliśmy dzień wcześniej miało padać od godziny 14 albo 17, w zależności od źródła. Czas mijał. W międzyczasie rzuciłem okiem w aktualne prognozy, a tam szok, padać ma cały dzień!!! Masakra. Pomyślałem, że ciężko będzie dojechać do Gdyni. Na przystanku czekaliśmy blisko godzinę, po czym zdecydowaliśmy, że te około 3 km do plaży jakoś przejedziemy. Tak uczyniliśmy i za kilka chwil zameldowaliśmy się na gdańskiej plaży, która w wakacyjną sobotę świeciła pustkami...






Uciekając przed deszczem wbiliśmy się do pierwszej napotkanej knajpy na plaży i złożyliśmy zamówienie. Ciepła herbatka z cytrynką smakowała jak nigdy. Kto by pomyślał, że w lipcu człowiek musi się grzać, gdzie normalnie powinien się chłodzić. Po około godzinie opad ustał i ruszyliśmy dalej. Najpierw na molo na Brzeźnie...






Widok w kierunku Gdyni, przykrytej gęstymi chmurami...






Dalej przejazd przez Sopot w rejonie molo...






Następnie kolejne molo. Tym razem na gdyńskim Orłowie. Stamtąd już rzut beretem na Kępę Redłowską...






Nigdy nie byłem na Kępie Redłowskiej, dlatego trasę poprowadziłem przez tamtejsze ścieżki. Trochę przeszły one moje oczekiwania, bowiem więcej było nad tym odcinku prowadzenia rowerów niż jazdy. Ale ciekawe odcinki do prawdziwego MTB też się znalazły. Na kilku z nich spróbowałem swoich możliwości z dobrym skutkiem. Poszalałbym tam więcej, ale musiałem uważać, gdyż wiozłem ze sobą sakwę. Karol mnie chyba w tym momencie przeklinał :D Ale wynagrodzone było to pięknymi widokami...










Po trafieniu na drugi wąwóz uznałem, że starczy tych atrakcji i wjechaliśmy prosto na plażę. Dalej prowadziliśmy rowery przez plażę na Kamiennej Górze, by dostać się w rejon Skweru Kościuszki. Tam ponownie złapał nas deszcz. Znaleźliśmy przyjemne miejsce pod zadaszeniem i obserwowaliśmy turniej siatkówki plażowej. Gdy deszcz minimalnie zelżał, udaliśmy się podziwiać statki. Najpierw "Dar Młodzieży", którego nie miałem okazji widzieć podczas wizyty w 2015 roku...






Następnie "Dar Pomorza"...






Oczywiście "ORP Błyskawica" też mieliśmy okazję ujrzeć, ale przy nim było takie zainteresowanie turystów, że nie szło zrobić sensownej fotki. Po wizycie na Skwerze Kościuszki skierowaliśmy się w stronę dworca PKP, po drodze odwiedzając sklep celem zrobienia zakupów na drogę powrotną. Na samym dworcu armagedon!!! Ludzi taka ilość, że w Warszawie na dworcu centralnym tylu nie widywałem. Jak skojarzyliśmy fakty, to w tym czasie odbywał się Opener Festival, więc wszystko stało się jasne. Powrót do Gniezna pociągiem IC Bałtyk, skąd Karol udał się transportem samochodowym do domu, a ja pognałem rowerem uciekając przed kolejnym deszczem tego dnia.




To była świetna wyprawa mimo niesprzyjających warunków. Trasa na odcinku kaszubskim wręcz skrojona pode mnie. Karol dzięki za wspólną jazdę, choć wiem, że nie było Ci łatwo. Ale taki trip Cię tylko wzmocni ;-) Trójmiasto polecam każdemu, choć niekoniecznie w taką pogodę. I uważajcie na Kępie Redłowskiej, bo może być to ponad Wasze siły. PozdRower ;-)





Trasa naszej wyprawy wyglądała tak:







Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
22.10 - Dębówiec - Rajd
     REGULAMIN
     ZAPISY
   Najnowsze wątki na Forum
   Brak nowych Postów Gogol - Łopuchowo - 25/09/2016
   Brak nowych Postów Gogol - Stęszew 28 sierpnia 2016
   Brak nowych Postów Gogol - Czerwonak 21.08.2016
   Brak nowych Postów Gogol - Suchy Las 7.08
   Brak nowych Postów Gogol - Binguga 10.07
   Wspierają nas:
SPONSORZY


PATRONI MEDIALNI


PARTNERZY
>